4. [tęcza na dzień matki]

Przeglądanie cudzych projektów - czy to na Ravelry, czy na innych stronach - zawsze mnie trochę dołuje, bo zazwyczaj uświadamiam sobie, jak wiele jeszcze nie potrafię i ile rzeczy wydaje mi się wręcz niemożliwych do nauczenia. W takich chwilach przydaje się trochę perspektywy - patrząc na mój ostatni (dokończony) udzierg, łatwiej jest mi powiedzieć sobie, że nie od razu Rzym zbudowano, bo widzę rzeczywisty postęp! Tak naprawdę chusta nie była wcale trudna, ale na początku mojej przygody z dzierganiem nie porwałabym się na coś takiego. Na pewno też nie skończyłabym jej w tak krótkim (jak na mnie) czasie - całość zajęła mi dwa tygodnie, wliczając to blokowanie i suszenie - dlatego, choć nie jest idealna, jestem z niej całkiem dumna.

WAITING FOR THE SUN

projektu Ute Nawratil



Jak widać - kontynuuję moją przygodę z kolorami. Broniłam się przed nimi długo, niepewna swoich zdolności ich dobierania, ale powoli się do nich przekonuję - tym bardziej, że w przypadku włóczek gradientowych naprawdę nie jest to trudne. Przepiękne tęczowe kolory to oczywiście Estonka - Aade Long 8/2 - w kolorze (duhRainbow; czarne tło to Flora od Dropsa. Obie włóczki to 100% wełny (w przypadku Flory - mieszanka 65% "zwyklaka" z 35% alpaki), więc choć chusta ma być prezentem na Dzień Matki, będzie musiała zaczekać na chłodniejsze dni... albo chłodne letnie wieczory :)

Projekt Ute Nawratil zwrócił moją uwagę przede wszystkim przez swoją barwność. Pod tym względem moja chusta cokolwiek różni się od oryginału - farbowanie Estonki jest znacznie bardziej gradientowe niż w przypadku wełny użytej przez autorkę wzoru, przez co całość wyszła trochę bardziej... stonowana; przejścia są dużo, dużo dłuższe, właściwie to przez chwilę myślałam, że uda mi się skończyć całość bez powtórzenia się żadnego koloru. Ostatecznie tak się nie stało, co nie znaczy, że efekt końcowy mi się nie podoba. Tak prezentuje się całość:


Na początku wahałam się, czy zaczynać od fioletu (tak jak akurat zaczynał mi się motek), czy jednak spróbować dotrzeć do żółtego - teraz cieszę się, że nie kombinowałam; dzięki (nie ukrywajmy...) mojemu własnemu lenistwu i niechęci do cięcia włóczki, te najbardziej żywe kolorystycznie fragmenty są bardziej w centrum uwagi.

No dobrze, to teraz trochę o konstrukcji, czyli dlaczego jeszcze dwa lata temu nawet nie marzyłabym o wykonaniu tej chusty.

Na start: pierwszy segment (z kilku - tak już został opracowany wzór), to znaczy to półkole na samej górze wraz z przylegającymi "promieniami", wrzuca nas od razu na głęboką wodę. Początek robi się na drutach skarpetkowych (to znaczy, tak zaleca autorka - dla mnie operowanie więcej niż dwoma drutami to kompletna czarna magia, więc poradziłam sobie metodą magic loop), następnie dodaje się oczka na "promienie" i dorabia się je wokół, aż nie zostanie nam żadne żywe oczko z półkola. Brzmi skomplikowanie? Autorka wytłumaczyła to trochę lepiej, ale i tak musiałam zrobić dwie próbki, zanim załapałam, o co chodzi. Do tego dochodzą rzędy skrócone (z którymi przynajmniej już się kiedyś spotkałam) i nabieranie oczek metodą magic circle (która do tej pory była mi nieznana) - i już rozumiem, dlaczego autorka ostrzega, że nie jest to wzór dla początkujących. To znaczy, może są osoby początkujące, dla których powyższe nie stanowiłoby wyzwania - ale ja na pewno do nich nie należałam.

Po cokolwiek skomplikowanym początku następuje jednak wytchnienie - lecimy samymi prawymi przez kilkadziesiąt rzędów, pamiętać trzeba tylko o regularnym dodawaniu oczek i o tym, że niektórych nie przerabiamy (o tym dalej)... aż nadchodzi moment na rozpoczęcie trójkątów. Właściwie też nie są jakoś niesamowicie trudne - po prostu trzeba zmienić orientację dziergania, to samo robimy przy pasach na samym dole. Dzięki temu całość ani razu nie wymaga umiejętności dziergania żakardów - i bardzo dobrze, bo tego jeszcze nie opanowałam :)

Wspomniałam o nieprzerabianiu części oczek - cóż, tak się złożyło, że Waiting for the sun stało się moim wprowadzeniem do tzw. mosaic knitting. Tak naprawdę każdy rząd dzierga się jednym kolorem - przecinanie się kolorów osiąga się właśnie dzięki temu, że oczko z rzędu niżej przekładamy na drut bez przerabiania. Efektem ubocznym jest też tekstura udziergu - żakardy są płaskie, w mosaic knitting nieprzerobione oczka tworzą takie "żeberka" (co widać trochę na pierwszym zdjęciu).

A tak wygląda lewa strona robótki

Dla różnorodności (i żeby nam się nie znudziły prawe oczka) mamy też pasy linen stitch i zwykłego ściegu pończoszniczego. Do linen stitch trzeba było zmienić druty na większe - ja przeskoczyłam z 3.75 na 4 i nie była to dobra decyzja: ten ścieg jest znacznie bardziej ścisły, więc brzeg w tym miejscu wgiął się trochę do środka - późniejsze obrobienie brzegów i, rzecz jasna, blokowanie w większości sobie z tym poradziły, ale nadal uważam, że druty w rozmiarze 4.5 byłyby lepszym wyborem. No, ale że bardzo nie lubię pruć...


Tak wyglądała chusta przed blokowaniem, jeszcze z niepochowanymi nitkami i "surowym" brzegiem. Nie zmierzyłam jej przed namoczeniem, ale (na szczęście!) sporo się rozciągnęła - po zblokowaniu ma około 150 cm szerokości i 74 cm wysokości.


Comments

Popular posts from this blog

1. [początek. lace]

5. [Pierwszy kardigan, który nadaje się do noszenia]